Wspomnienia

Zbigniew Borecki

Nasi profesorowie – Profesor Szczepan Aleksander Pieniążek

Wspomnienia ze studiów na Wydziale Ogrodniczym
Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w latach 1945–1950
oraz z okresu pracy w Instytucie Sadownictwa w latach 1955–1973

W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, w sierpniu 1944 roku zginął, rozstrzelany w parku w Alei Szucha, profesor Włodzimierz Gorjaczkowski, organizator i pierwszy kierownik Zakładu Sadownictwa SGGW w Skierniewicach. Bezpośrednio po wojnie funkcję pełniącego obowiązki kierownika Zakładu Sadownictwa objął profesor Emil Chroboczek, kierownik Zakładu Warzywnictwa, natomiast zajęcia dydaktyczne powierzono inż. Aleksandrowi Rejmanowi i inż. Edmundowi Błaszczykowi. Stan ten trwał do wiosny 1946 roku. Zakład Sadownictwa czekał na nowego kierownika.
Wiosną 1946 roku powrócił, po ośmioletnim pobycie w USA, dr Szczepan Aleksander Pieniążek, który 23 kwietnia tego roku oficjalnie objął kierownictwo Zakładu Sadownictwa. Pod koniec 1946 roku uzyskał tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego. Profesor Pieniążek był w tym czasie osobą nieznaną w środowisku polskich sadowników. Jako absolwent Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Warszawskiego, na którym studiował botanikę w latach 1933–1938, nie miał wiele wspólnego z sadownictwem. Z inicjatywy profesora Edmunda Malinowskiego, wybitnego genetyka, profesora SGGW, uzyskał stypendium umożliwiające studia na Uniwersytecie Cornella w Ithaca w stanie New York, na którym studiował przedmioty związane z sadownictwem i uzyskał stopień doktora, a następnie pracując na Uniwersytecie stanu Rhode Island zajmował stanowisko Assistent Professor, odpowiadające mniej więcej naszemu docentowi. Wyjazd w 1938 roku na studia w USA dr Pieniążek poprzedził krótką, sześciotygodniową praktyką w Sadzie Pomologicznym SGGW w Skierniewicach.
Osoba profesora Pieniążka od początku jego pracy w SGGW wzbudzała duże zainteresowanie wśród studentów, którzy wkrótce wymyślili dla niego żartobliwe przezwisko – Dolarek, czyli Pieniążek z Ameryki. Należałem do pierwszego, powojennego rocznika studentów Wydziału Ogrodniczego, który rozpoczął studia jesienią 1945 roku. Większość z nas latem tego roku odbyła praktykę wstępną w Skierniewicach, gdzie poznaliśmy Sad Pomologiczny i zajmującego się nim inż. Aleksandra Rejmana, który praktycznie kierował w tym czasie Zakładem Sadownictwa. W roku 1946 nieliczni spośród nas poznali profesora Pieniążka, ale jako cały rocznik spotkaliśmy się z nim dopiero na piątym, zimowym semestrze w roku akademickim 1947/1948 słuchając wykładów z sadownictwa.
Często bywa, że pierwsze wrażenie ze spotkania z nieznanym dotychczas człowiekiem najdłużej zachowuje się w pamięci. Wrażenie, jakie zrobił na nas profesor Pieniążek, gdy wkroczył do sali i rozpoczął wykład, było duże. Młody, miał wtedy 33 lata, mały, chudy, mówiący trochę skrzekliwym głosem, przedstawił się studentom szczelnie wypełniającym salę, wszak sadownictwo było jednym z najważniejszych przedmiotów w programie studiów na Wydziale Ogrodniczym. Gest powitania studenci przyjęli z pewnym zdziwieniem, a zarazem zadowoleniem, uznając powitanie za wyraz szacunku dla braci studenckiej. Co bystrzejsi obserwatorzy tej sceny komentowali po wykładzie powitanie jako przejaw chęci bliższego związania się ze środowiskiem studenckim i panowania nad nim w sposób przyjazny, lecz zdecydowany.
Profesor poprzedził wykład krótkim objaśnieniem organizacji zajęć z przedmiotu, który wykładał. Dwugodzinne wykłady podzielił na odrębne części tematyczne, szeroko pojętą agrotechnikę sadowniczą i przechowalnictwo owoców, głównie jabłek. Każdej z tych części poświęcał po jednej godzinie wykładu. Wykłady nie objęły pomologii, która była tematem odrębnych ćwiczeń, prowadzonych przez asystenta inż A. Rejmana. Profesor Pieniążek był dobrym wykładowcą. Wykłady były starannie przygotowane, a ujęcie treści znacznie różniło się od form tradycyjnie przyjętych dla tak zwanych przedmiotów zawodowych. Znaczną część wykładu stanowiły zagadnienia fizjologii roślin związane ze wzrostem roślin sadowniczych, ich fazami rozwojowymi, zawiązywaniem pąków i owocowaniem oraz z odpornością drzew na wymarzanie. Szczególnie dużą wagę przywiązywał do przemiennego owocowania jabłoni i terminu zbioru jabłek. Za fizjologię roślin sadowniczych można było uznać wykłady na temat przechowywania jabłek, z wyjaśnieniem cyklu dojrzewania, transpiracji i oddychania oraz podkreślenie roli klimakterycznego przełomu w końcowej fazie dojrzewania jabłek w przechowalni. Dla większości studentów były to zagadnienia całkowicie nowe. Na wykłady profesora przychodzili także asystenci Zakładu Sadownictwa.
Profesor Pieniążek jako wykładowca nie był czarodziejem słowa, jak mistrz wśród najlepszych – profesor Michał Korczewski, wykładający podczas naszych studiów chemię i fizjologię roślin. Był jednak, w całym znaczeniu tego słowa, wykładowcą nowoczesnym. Koledzy szczególnie zainteresowani sadownictwem, zamierzający wybrać sadownictwo jako kierunek specjalizacji, powtarzali „to jest dobra amerykańska szkoła”. Sądzę, że o wysokim poziomie wykładów, oprócz „amerykańskiej szkoły”, decydowało ogólne uniwersyteckie wykształcenie profesora. O jego wiedzy sadowniczej świadczyła dobra znajomość zagadnień związanych z innymi przedmiotami, objętymi zakresem studiów doktorskich w USA, między innymi fitopatologii. Fakt ten miał wpływ na mój wybór kierunku studiów, gdy profesor Pieniążek zaproponował mi tematy seminaryjne dotyczące chorób roślin sadowniczych. Opracowanie tych tematów było moim pierwszym krokiem w kierunku fitopatologii i sadownictwa jako specjalności naukowych.
Treść wykładów profesora Pieniążka była przejrzysta, łatwa do zapamiętania i zanotowania. Wykład nie był łatwym do notowania dyktandem, w którym kolejne zdania miały równie duże znaczenie dla zrozumienia treści. Miał szczególny dar wykładania wygłaszając najpierw podstawową tezę, po której następowały dodatkowe wyjaśnienia, nie wymagające dokładnego notowania, gdyż w połączeniu z główną tezą były łatwe do zapamiętania w znacznym stopniu zrozumiałe same przez się. Kolejne wykłady stanowiły odrębne, ściśle związane ze sobą tematy. Wykłady profesora Pieniążka miały dla nas szczególnie duże znaczenie, także ze względu na brak nowoczesnych podręczników sadownictwa.
Profesor Pieniążek, oprócz oryginalnego ujęcia treści i formy wykładów, wprowadzał także inne elementy nauczania, wzorowane na zwyczajach amerykańskich, w tym także elementy wychowawcze. Co kilka wykładów przeprowadzał krótkie, pisemne sprawdziany, których nie oceniał stopniami. Poznawał w ten sposób poziom naszej wiedzy. Zwracał się przy tym do studentów z apelem, aby pisząc sprawdzian nie ściągali z notatek lub od kolegów; powoływał się przy tym na przykłady z uniwersytetów amerykańskich, gdzie ściąganie, podpowiadanie i korzystanie z innych pomocy podczas sprawdzianu lub egzaminu, jest uznawane za oszustwo niegodne studenta. Nie sądzę, aby całkowicie zapobiegł w ten sposób ściąganiu, ale faktem jest, że ściągający studenci miewali niewyraźne miny. Z wykładów profesora robiłem dokładne notatki, które okazały się bardzo pomocne w przygotowaniu do egzaminu, służyły kolejno licznym kolegom, aż w końcu zaginęły.
Egzamin z sadownictwa u profesora Pieniążka przebiegał w formie życzliwie prowadzonej rozmowy. Profesor dobrze oceniał prawidłowe, lecz krótkie odpowiedzi. Egzamin rozpoczynał zwykle łatwym pytaniem, które w miarę rozmowy uzupełniał dodatkowymi pytaniami. Chętnie wysłuchiwał także krótkiego minireferatu, jeżeli student nie odbiegał zanadto od głównego tematu; natomiast nie lubił odpowiedzi wykutych na pamięć. Bardzo krytycznie oceniał brak znajomości podstawowych zagadnień z zakresu fizjologii roślin. Podczas egzaminu nie przerywał i nie komentował odpowiedzi studenta, lecz cierpliwie słuchał. Nie dał się jednak podczas egzaminu zagadać i gdy student odbiegał od tematu pytania szybko sprowadzał go na ziemię. Pod tym względem był bardzo wymagającym i trudnym egzaminatorem. Podczas egzaminu chętnie dopuszczał do dyskusji, pod warunkiem, że odmienne poglądy studenta miały sens i były uzasadnione. Przedstawiona forma egzaminu powodowała, że część studentów rozmawiając z profesorem traciła orientację czy prawidłowo odpowiadają na pytania, zwłaszcza że rozmowa przebiegała w miłej atmosferze. Zdarzało się, że studentka zadowolona ze swoich odpowiedzi usłyszała od życzliwie patrzącego na nią profesora – „To kiedy przyjdzie pani drugi raz?”. Taki przebieg egzaminu wspomina, między innymi Basia Sopińska, której egzaminacyjna rozmowa z profesorem była „bardzo sympatyczna”. Zdarzało się, że po dobrze przebiegającym egzaminie profesor pytał studenta o dalsze plany, wybraną specjalizację, szczególne zainteresowania i plany zawodowe. W rezultacie dobrze zdany egzamin i odbyta po nim rozmowa stwarzały możliwość nawiązania bardziej ścisłego kontaktu z profesorem i Katedrą Sadownictwa.
Osobiście dobrze wspominam egzamin u profesora Pieniążka, lecz muszę przyznać, że przygotowywałem się do niego długo i starannie, wybierając wcześniej sadownictwo jako kierunek głównej specjalizacji. Profesor zadał mi tylko dwa pytania: pierwsze dotyczyło fizjologii dojrzewania jabłek w okresie przechowywania. Pytanie było łatwe, ponieważ profesor szczegółowo omawiał ten temat na wykładach. Drugie pytanie było dość oryginalne i brzmiało mniej więcej tak – „Ma pan posadzić sad jabłoniowy na 20 ha, jakie odmiany wybierze pan do sadu?” Szybko wymieniłem cztery odmiany: McIntosh, Cortland, Jonatan i Starking, które poznałem w Sadzie Pomologicznym i na ćwiczeniach z dr Rejmanem. Zaskoczony profesor wymienił kolejno wady tych odmian i zapytał, jak sobie z nimi poradzę. W odpowiedzi najpierw wymieniłem zalety odmian, a następnie określiłem stopień ryzyka związanego z możliwością ich wymarznięcia (Jonatan i Starking) i wrażliwością na choroby (McIntosh i Cortland) oraz podałem dostępne w tym czasie sposoby ograniczenia tych wad. Profesor bardzo dobrze ocenił odpowiedzi i zapytał mnie o dalsze plany. Odpowiedziałem, że obecnie najważniejsze jest dla mnie znalezienie pracy zarobkowej, a co do specjalizacji to wybrałem już sadownictwo i fitopatologię. Profesor poparł wybór, a słysząc o pracy powiedział – „może uda się coś załatwić”. Wkrótce zaproponował mi pracę w organizowanym przez siebie zespole asystentów zajmujących się upowszechnianiem wiedzy rolniczej. Była to nowa jednostka tworzona w kilku uczelniach rolniczych, która uzyskała dodatkowe etaty z Ministerstwa Rolnictwa. W zespole tym zostaliśmy zatrudnieni jako młodsi asystenci. Mnie profesor Pieniążek, w porozumieniu z profesorem Kochmanem z Zakładu Fitopatologii, zaproponował zajęcie się chorobami roślin. Zespół rozpoczął działalność w roku akademickim 1948/1949, w którym rozpoczynaliśmy czwarty rok studiów. Praca w Katedrze Fitopatologii ułatwiła mi kontakt z profesorem Józefem Kochmanem i mgr. Tadeuszem Pietkiewiczem, z którymi na początku siódmego semestru ustaliłem temat pracy magisterskiej. Wiosną 1949 roku profesor Pieniążek zaproponował mi wykonanie doświadczalnej części pracy magisterskiej w Zakładzie Doświadczalnym SGGW w Nowej Wsi koło Warki, w centrum największego rejonu sadowniczego w Polsce. Jednocześnie zaproponował wyjazd do Nowej Wsi w celu wybrania kwater do doświadczeń, których celem była ocena fungicydów użytych przeciwko parchowi jabłoni i ustalenie optymalnych terminów opryskiwań. Była to pierwsza próba ustalenia programu ochrony jabłoni przed najgroźniejszą chorobą – parchem jabłoni, na wzór amerykański. Profesor studiując w USA dobrze poznał fitopatologię, słuchając między innymi wykładów dr. Millsa, badacza epidemiologii parcha i autora zasad programu ochrony jabłoni opartej na obserwacji terminów zakażania liści i owoców przez grzyb Venturia inaequalis. Wykonana, głównie z inicjatywy profesora Pieniążka, praca magisterska stanowiła początek cyklu badań z zakresu epidemiologii i zwalczania parcha jabłoni, trwających aż do końca lat siedemdziesiątych. W Nowej Wsi profesor zaprowadził mnie do najlepszej w tym czasie, a zarazem najmłodszej, pięcioletniej kwatery jabłoni o powierzchni około 5 ha, założonej przez właściciela majątku Nowa Wieś, przejętego w roku 1945 przez państwo i przekazanego Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W roku 1951 majątek został przekazany Instytutowi Sadownictwa w Skierniewicach. Na wybranej kwaterze rosło kilkanaście odmian jabłoni w jednolitych rzędach po 60 drzew każdej odmiany. Wybraliśmy odmianę McIntosh, jako najwrażliwszą na parch jabłoni. W drodze powrotnej z Nowej Wsi omawialiśmy wstępnie plan doświadczeń. Profesor polecił mi przygotować plan szczegółowy i zgłosić się za tydzień. W końcu kwietnia 1949 roku rozpocząłem doświadczenia polowe, informując profesora co pewien czas o ich przebiegu i wynikach.
Studia magisterskie w zakresie sadownictwa cieszyły się dużym powodzeniem wśród studentów. Była w tym niewątpliwie duża zasługa profesora, który poświęcał studentom dużo czasu, stwarzał korzystne warunki dla studiów i zapewniał sprawną organizację, nie przedłużając studiów bez koniecznej potrzeby. 28 czerwca 1950 roku zdałem egzamin dyplomowy. W międzyczasie rozpadła się grupa asystentów zajmująca się upowszechnianiem wiedzy rolniczej. Przyczyną rozpadu była zmiana kierunku działania Ministerstwa Rolnictwa zainteresowanego w tym czasie głównie kolektywizacją. Większość asystentów odmówiła udziału w tej działalności. Kilku „aktywistów” w czerwonych krawatach, którzy pojechali zakładać kołchozy w mazurskich wsiach trafiło do szpitala. Zostali pobici przez osadników wojskowych z armii Berlinga, którzy nie mieli ochoty wstępować do kołchozów.

Wieloletnie kontakty z profesorem Pieniążkiem podczas studiów na SGGW i pracy w Katedrze Fitopatologii w latach 1949–1955 oraz w ciągu osiemnastu lat pracy w Instytucie Sadownictwa (później Instytucie Sadownictwa i Kwiaciarstwa) w latach 1955–1973 umożliwiły mi poznanie profesora jako wybitnego organizatora pracy w skali lokalnej, krajowej i międzynarodowej. Osiągnięcia organizacyjne profesora są powszechnie znane. W ciągu kilku lat rozwinął działalność Zakładu Sadownictwa na skalę niespotykaną w dotychczasowej historii tej jednostki. Ważnym elementem organizacyjnej działalności profesora Pieniążka było wciąganie do współpracy młodych absolwentów SGGW, którym powierzał funkcje asystentów, a od roku 1951 także kierownicze stanowiska w pracowniach i zakładach Instytutu Sadownictwa. Główne cechy profesora jako organizatora pracy to pomysłowość, pracowitość, energia, łatwość podejmowania decyzji i duża odpowiedzialność za powierzone zadania. Cechy te stanowiły dobry wzór do naśladowania dla zatrudnionych w podległych mu jednostkach wychowanków. Posiadał także stosunkowo rzadką, lecz bardzo ważną cechę obdarzania młodych współpracowników dużym zaufaniem, powierzając im trudne zadania, oczekując od nich dużej samodzielności i sprawności w kierowaniu zespołami współpracowników. Ufał ludziom, nie tracił czasu na formalne kontrole, ale twardo rozliczał z powierzonych zadań. Był zadowolony, gdy jego młodzi pracownicy, którzy towarzyszyli szefowi w naradach i konferencjach w Ministerstwie Rolnictwa, zabierając głos w dyskusjach wzbudzali uznanie rutynowanych urzędników wysokiej rangi. Był zarazem wrażliwy na krytykę, zwłaszcza gdy jej forma okazała się zbyt agresywna. Przykładem wrażliwości była, między innymi, reakcja profesora na fragment mojego artykułu opublikowanego w czasopiśmie ogrodniczym, w którym nawiązując do wcześniejszej opinii profesora napisałem, że „Uznanie odmiany Malinowa Oberlandzka za jabłoń odporną na choroby jest nieporozumieniem”. Powiedział mi wtedy „Pan się tym zajmuje, więc z pewnością ma pan rację, ale należało wyrazić to nieco delikatniej”. Zdarzało się, że młody pracownik zawiódł pokładane w nim nadzieje, wówczas bez oporów podejmował decyzję rezygnując z pracownika lub zmieniając zakres jego obowiązków.
Profesor Pieniążek chętnie korzystał z rady swoich współpracowników; powołał w tym celu specjalny zespół doradczy w Instytucie Sadownictwa zajmujący się sprawami ogólnymi lub wzywał pracownika na dłuższą rozmowę, gdy zachodziła konieczność rozwiązywania spraw szczegółowych. Przykładem takiego postępowania, a zarazem operatywności profesora była jego reakcja na telefoniczną wiadomość o wykryciu w 1966 roku w zakładzie doświadczalnym w Miłobądzu koło Tczewa, zarazy ogniowej, bardzo groźnej choroby bakteryjnej jabłoni i grusz, nie występującej dotychczas w kontynentalnej części Europy. Jego odpowiedź przez telefon brzmiała jak komenda wojskowa, była krótka i rzeczowa. Profesor zarządał, aby szybko sporządzić raport dla Ministerstwa Rolnictwa i przekazać mu treść telefonicznie. W ciągu dwóch dni należało przygotować wstępny projekt akcji ochronnej z wykazem środków, aparatury, materiałów, środków transportu, dodatkowego personelu i przybliżony koszt akcji ochronnej. W ciągu dwóch tygodni opracowaliśmy szczegółowy plan akcji dla Ministerstwa, uzyskaliśmy dodatkowe etaty, samochód – mikrobus do lustracji sadów w rejonach najbardziej zagrożonych chorobą i praktycznie nieograniczone środki finansowe na aparaturę badawczą i materiały. Szybkie i zdecydowane działanie było cechą profesora, która przenosiła się na współpracowników. Kto nie wytrzymywał takiej formy współpracy – odpadał z zespołu lub przechodził na niższe stanowisko.
Profesor Pieniążek często wynagradzał swoich współpracowników. Nagrody były różne i często niezależne od premii z funduszu płac lub nagród Ministerstwa Rolnictwa wypłacanych na wniosek dyrektora Instytutu Sadownictwa. Były to najczęściej prezenty w formie książek, które profesor wręczał zwykle po uzyskaniu przez pracownika stopnia doktora. Ja otrzymałem po doktoracie książkę angielskiego fitopatologa Wormalda „Diseases of fruits and hop”. Ale najbardziej cenną nagrodą były stypendia zagraniczne, w tym stypendia fundacji amerykańskich, angielskich i niemieckich. W roku 1957 uzyskałem w ten sposób stypendium fundacji brytyjskiej „British Council”, umożliwiające dziesięciomiesięczny staż naukowy w słynnym ośrodku nauki sadowniczej East Malling Research Station w Anglii. Profesor miał dostęp do tych fundacji dzięki szerokim kontaktom w świecie i przekonaniu, opartym na własnym doświadczeniu, o dużej roli studiów zagranicznych w kształceniu pracowników naukowych. Stypendium British Council załatwił mi w okresie, gdy w bramie domu w Alejach Jerozolimskich, gdzie znajduje się siedziba tej instytucji, zawsze kręcili się agenci służby bezpieczeństwa oraz milicjant. Były to pierwsze lata epoki Gomółki, gdy większość kierowników instytucji naukowych bała się nawiązania kontaktów z instytucjami z krajów „imperialistycznych”, podejrzewanych o działalność „szpiegowską”. Kilka lat później, gdy ścieżki do British Council zostały przetarte, uzyskanie tam stypendium było bardzo trudne z powodu dużej konkurencji.
W nagradzaniu pracowników, w tym także w załatwianiu zagranicznych stypendiów, profesor nie faworyzował członków partii i wogóle wszelkich aktywistów politycznych. Natomiast zdarzało się, że traktował ich surowo, lecz sprawiedliwie. Pamiętam scenę, jak w mojej obecności w ostrej formie rugał studentkę, aktywistkę komunistycznej organizacji młodzieżowej „Związek Młodzieży Polskiej” (ZMP), która popełniła jakieś błędy organizując akademię. Rugając czerwoną aktywistkę „dołożył” całemu „aktywowi” studenckiemu i jednoznacznie wyraził bardzo krytyczną opinię o ich kwalifikacjach jako działaczach społeczno-politycznych. Przyglądałem się zachwycony tej scenie i uznałem, że profesor, jak na marksistę i członka partii potrafi właściwie traktować nadgorliwych aktywistów komunistycznych. Później wielokrotnie słyszałem krytyczne uwagi profesora o aktywistach partyjnych. W tym samym czasie, w roku 1951, podczas praktyki semestralnej studentów Wydziału Ogrodniczego w Skierniewicach, wśród których była dość liczna grupa aktywistów ZMP, doszło do incydentu związanego z organizowaniem tak zwanych „prasówek”, polegających na zbiorowym czytaniu prasy partyjnej. Jedna z aktywistek, córka komunistycznego dyplomaty, doniosła profesorowi, że asystent Borecki odmawia udziału w prasówkach. Profesor wezwał mnie do siebie i z uśmiechem powiedział „znów mam z panem kłopot” oraz zapytał na czym polegają te prasówki. Wyjaśniłem, że jedna aktywistka czyta partyjną gazetę, reszta studentów słucha po czym następuje dyskusja. Przebieg dyskusji wzbudza torsje i zmusza do wyjścia z sali. Profesor odpowiedział, że otrzymał już kilka podobnych donosów, lecz w moim przypadku sprawa jest łatwa do wyjaśnienia, ponieważ nikt w tutejszym środowisku nie ma tak dobrego robotniczego pochodzenia i nikt nie zna tak dobrze marksizmu-leninizmu jak Borecki.

Organizacyjna działalność profesora Pieniążka miała duży wpływ na rozwój polskiego sadownictwa, zwłaszcza po utworzeniu Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, który w krótkim czasie stał się kombinatem badawczym, obejmującym oprócz ośrodka centralnego w Skierniewicach, dwanaście sadowniczych zakładów doświadczalnych, znajdujących się w różnych częściach Polski, od Pomorza do Podkarpacia. Wśród zakładów doświadczalnych znalazły się trzy majątki SGGW, przejęte przez państwo w ramach reformy rolnej w 1945 roku. Przejęcie przez Instytut Sadownictwa majątków SGGW, zwłaszcza Sinołęki i Nowej Wsi wzbudziło sporo emocji. Byłem wtedy asystentem w Zakładzie Fitopatologii, docierały do mnie krytyczne opinie o tych zmianach oraz głosy potępiające postępowanie profesora Pieniążka, który „mając partyjne poparcie obrabował dla swoich celów SGGW”. Znacznie lepiej zmiany te oceniali dawni właściciele majątków przejętych przez Instytut Sadownictwa: dr Władysław Filewicz – właściciel Sinołęki i Daszewski – właściciel Nowej Wsi. Już przed wojną w majątkach tych rozwinięta była produkcja owoców, głównie jabłek, na skalę wielkotowarową. Dobrze znałem obu właścicieli majątków. Dr. Filewicza poznałem w 1957 roku podczas dziesięciomiesięcznego stażu w East Malling Research Station (EMRS), gdzie Filewicz, wraz ze swoją asystentką z Sinołęki – dr Ireną Modlibowską, pozostał na stałe nie mogąc wrócić w 1939 roku do Polski z podróży po Stanach Zjednoczonych. Dopłynęli tylko do Anglii i tam pozostali do końca życia. Dr Irena Modlibowska pracowała w EMRS jako samodzielny pracownik badawczy, a zarazem opiekowała się dr Filewiczem, który zachował wprawdzie dobry stan zdrowia, ale jak sądzę miał już około 80 lat. Dr Filewicz był interesującym człowiekiem; spędziłem z nim wiele godzin, ponieważ mieszkaliśmy w tym samym budynku, służącym w EMRS za dom gościnny. Z wykształcenia był medykiem, z zamiłowania filozofem i między innymi tłumaczył dzieła Bergsona, a z zawodu sadownikiem. Był zaprzyjaźniony z profesorem Pieniążkiem, którego poznał w Ameryce, gdzie wspólnie odbyli podróż po kilkunastu stanach zwiedzając ośrodki sadownicze. Przez cały okres powojenny dr Filewicz utrzymywał z profesorem Pieniążkiem kontakt korespondencyjny. Właściciela Nowej Wsi – Daszewskiego poznałem w roku 1962, gdy zjawił się w Instytucie Sadownictwa w Skierniewicach chcąc uzyskać informacje o nowych środkach grzybobójczych przeciwko parchowi jabłoni. Uzyskał nie tylko informacje, ale także próbki najlepszych w tym czasie fungicydów. Od tego czasu odwiedzał nas wielokrotnie spędzając w Zakładzie Fitopatologii wiele godzin. Był entuzjastą sadownictwa, gawędziarzem i kawalerzystą. Pomimo sędziwego wieku zachował kawaleryjską fantazję i twardość charakteru, która imponowała nam młodszym prawie o dwa pokolenia. Obaj przedwojenni właściciele majątków wielokrotnie wypytywali mnie o ich stan i cieszyli się, że ich gospodarstwa, sady, pola, budynki i parki są w dobrych rękach, służą rozwojowi polskiego sadownictwa i nie podzieliły losu większości majątków, z których utworzono PGR-y.

Interesującym przykładem aktywności organizacyjnej profesora Pieniążka było zorganizowanie międzynarodowego spotkania sadowniczego w maju 1956 roku. Nadal trwał ponury okres reżymu komunistycznego, lecz stopniowo mijała jego najgroźniejsza epoka stalinowska. Nie żyli już ani Stalin, ani Bierut, lecz nadal trwała „dyktatura proletariatu”, czyli dyktatura partyjnych kacyków, która z konieczności stopniowo łagodniała w miarę nasilania się rozbieżności pomiędzy partią i społeczeństwem. W tych trudnych czasach, w 1956 roku, na pięć miesięcy przed słynnym VII plenum PZPR, profesor Pieniążek podjął inicjatywę zorganizowania międzynarodowego spotkania sadowniczego z udziałem przedstawicieli dwóch bloków politycznych, socjalistycznego i kapitalistycznego. Formalną okazją do spotkania była piąta rocznica powstania Instytutu Sadownictwa oraz otwarcie nowego budynku Instytutu. W spotkaniu oprócz uczestników z Polski, wzięło udział piętnastu przedstawicieli nauki sadowniczej z zagranicy, w tym czterech z ZSRR: profesorowie Kolesnikow z Akademii Rolniczej im. Timiriazewa w Moskwie, Żuczkow z Wyższej Szkoły Rolniczej w Leningradzie, Mietlicki z Instytutu Sadownictwa w Biurilewie pod Moskwą i dr Spiwakowski z Wyższej Szkoły Rolniczej w Sewastopolu. Z Wielkiej Brytanii przyjechało trzech przedstawicieli: profesor Luckwill z Long Ashton koło Bristolu, dr Cadman ze Szkockiego Instytutu Ogrodnictwa koło Dundee oraz dr Roach jako przedstawiciel służb upowszechniania wiedzy rolniczej. Oprócz nich w spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele nauki sadowniczej z Francji, obu ówczesnych państw niemieckich, Holandii, Belgii, Szwecji, Finlandii, Danii, Węgier, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii. Program spotkania, oprócz części referatowej, objął dziesięciodniową wycieczkę po Polsce.
Zderzenie nauki sadowniczej Wschodu i Zachodu Europy dało niespodziewane, wręcz szokujące efekty. Po pierwsze zapanowała doskonała atmosfera, której nie oczekiwali nawet najwięksi optymiści. Sądzę, że oprócz wybranej przez Pieniążka organizacyjnej formy spotkania zdecydowała o tym osobowość uczestników. Wszyscy przedstawiciele ZSRR okazali się ludźmi otwartymi na świat, chociaż ich niektóre poglądy z zakresu biologii wzbudzały zdumienie. Między innymi profesor Żuczkow w dyskusji po swoim referacie zapytał forum zebrane na sali „A kto z was widział geny?”. Całe spotkanie przebiegało w atmosferze dalekiej od drętwej konferencji naukowej w bloku socjalistycznym. Dyskusje były otwarte, śmiałe, nie brakowało humoru oraz wyrazów uznania dla polskiego sadownictwa ze strony profesorów z ZSRR. Między innymi dr Spiwakowski powiedział nam w grupie dyskusyjnej po kolacji „W doświadczalnictwie wyprzedziliście nas o całą epokę”. Chodziło o powszechne stosowanie nowoczesnych metod organizacji doświadczeń i analizę statystyczną wyników opartą na rachunku prawdopodobieństwa. O doświadczeniach prowadzonych w jego ośrodku powiedział „to są duże próby polowe”. Z kolei Anglicy i przedstawiciele z innych krajów Zachodniej Europy byli zaskoczeni względną swobodą panującą w Polsce. Dr Roach, człowiek doświadczony i obyty w świecie, przy tym wygadany Anglik, bystry obserwator i komentator otaczającej go rzeczywistości, już po kilku dniach powiedział, że inaczej wyobrażał sobie Polskę. Słusznie stwierdził, że Czesi, Bułgarzy i Rumuni są pod każdym względem ostrożniejsi. Anglicy szybko dogadali się z nami i Ruskimi. Początkowo sztywny Luckwill bratał się ze starym, rubasznym Żuczkowem, a Szkot Cadman pociągał z nami zamiast whisky likier pomarańczowy, ponieważ w zakopiańskiej kawiarni tylko ten trunek był dostępny.
Goście z Zachodniej Europy poznawali ówczesną technikę polską i gdy ruszaliśmy w objazd po Polsce zapytali, jak długo mamy jechać podstawionym autokarem, który według dr Roacha rozsypie się po kilku kilometrach. Gdy usłyszał, że będziemy jeździli ponad 10 dni i przejedziemy ponad 1500 km powiedział, że na szczęście ma dobry „Accident insurance”. W drodze codziennie oglądał autobus i nie mógł wyjść z podziwu dla trwałości tej „kupy złomu” i kierowcy, który podczas podróży nic nie naprawiał. Na kwaterach w Sandomierzu rozruszali się nawet Ruscy. Profesor Żuczkow, starszy, siwy pan z bródką, po wysłuchaniu śpiewu dzieci szkolnych podczas uroczystej kolacji, wstał i pięknym barytonem zaśpiewał starą ruską pieśń „Wieczernyj zwon”. Poważny, początkowo bardzo oficjalny profesor Kolesnikow krótko z uznaniem podsumował rozmowę na temat metodyki badań – „Tak, wy już stosujecie amerykańskie metody badań”. Rozluźnił się także stary Mietlicki, który na jedno z uroczystych spotkań przyszedł ubrany w bogato haftowanej ruskiej koszuli, noszonej jako strój wierzchni. Były też zdarzenia humorystyczne. Kilku przedstawicieli z krajów zachodnich zauważyło, że profesor Lecrenier z Belgii, podczas każdego postoju w kolejnej miejscowości wysiada z autokaru i pędzi do widocznego z daleka kościoła. Początkowo sądzono, że jest to przejaw szczególnej pobożności, lecz wkrótce francuzi odkryli, że Lecrenier sprawdza czy rzeczywiście są to czynne kościoły, a nie świątynie zamienione w obory dla kóz, jak dotychczas uważał.
Dwa tygodnie międzynarodowego spotkania sadowniczego w roku 1956 otworzyły nam, może jeszcze nie bramę, ale na pewno furtkę do zagranicznych ośrodków naukowych. Było to wielkie osiągnięcie organizacyjne profesora Pieniążka, który podczas spotkania był kierownikiem imprezy, przewodnikiem po zabytkach, tłumaczem, niemal jednoosobowym biurem turystyczno-naukowym. Rosyjscy uczestnicy spotkania z uznaniem kręcili głowami i mówili „profesor wsio znajet – profesor wsiech pouczajet”. Wielu pracowników Instytutu Sadownictwa skorzystało z zaproszeń zagranicznych uczestników spotkania. Ja na zaproszenie dr Cadmana wyjechałem latem 1956 roku do Szkockiego Instytutu Ogrodnictwa koło Dundee, gdzie po raz pierwszy zapoznałem  się z termoterapią zawirusowanych roślin. Przy okazji zwiedziłem także ośrodek badawczy w Long Ashton koło Bristolu, gdzie przyjął mnie inny uczestnik spotkania – profesor Luckwill oraz główny sadowniczy ośrodek badawczy – East Malling Research Station i centralny rolniczy ośrodek naukowy w Rothamstaed. Spotkałem także przyjaciół z Narodowej Organizacji Wojskowej – AK, którzy po Powstaniu Warszawskim na stałe pozostali w Anglii.

Dużym osiągnięciem organizacyjnym profesora Pieniążka było nawiązanie współpracy z amerykańskimi instytucjami naukowymi, zwłaszcza współpracy finansowanej przez rząd USA na podstawie ustawy PL-480 (Public Law 480), dotyczącej pomocy gospodarczej dla Polski. Potocznie mówiło się, że badania prowadzone w Polsce na podstawie tej ustawy były formą spłaty długu zaciągniętego przez Gomółkę na zakup zboża w USA w końcu lat pięćdziesiątych. W badaniach tych uczestniczyła duża grupa pracowników Instytutu Sadownictwa, między innymi Pracownia Fitopatologii, której kierownikiem byłem od roku 1955. Umowa pomiędzy stroną amerykańską i Instytutem Sadownictwa została podpisana wiosną 1960 roku i obejmowała okres pięcioletni, do maja 1965 roku. Tematem badań była epidemiologia parcha jabłoni, tytuł oficjalny – „Epiphytology of apple scab”. W ramach badań wykonano w Polsce jedną pracę doktorską, cztery prace magisterskie oraz opublikowano osiem prac w czasopismach naukowych. Przyjęta forma współpracy, potocznie określana jako badania w ramach tematu amerykańskiego, była bardzo pomocna dla naszej pracowni. Umożliwiała zatrudnienie trzech dodatkowych pracowników, zapewniała dodatkowe zarobki stałym pracownikom naukowym, umożliwiała bezpośrednie kontakty z amerykańskimi recenzentami corocznych sprawozdań i zapewniała kilkutygodniowy pobyt w USA kierownikom lub wskazanym współuczestnikom badań. Pieniądze przeznaczone na badania mogły być także wykorzystane na zakup aparatury badawczej i niezbędne materiały. Instytut Sadownictwa był jedną z pierwszych instytucji naukowych, jeżeli nie pierwszą, która nawiązała kontakt z amerykańskimi rządowymi instytucjami naukowymi i rozwinęła współpracę w szerokim zakresie, realizując kilkanaście tematów badawczych aż do końca lat siedemdziesiątych. Badania finansowane przez rząd USA, na podstawie ustawy PL-480, objęły głównie problematykę rolniczą.

Profesor Pieniążek był entuzjastą intensywnej pracy i wzorowej organizacji; sprzyjał młodym pracownikom i powierzał im kierownicze stanowiska w Instytucie Sadownictwa. Do drugiej połowy lat siedemdziesiątych uważał, że po ukończeniu 65 lat życia zrezygnuje z funkcji kierowniczych i przejdzie na emeryturę. Napisał nawet artykuł na ten temat, jeśli się nie mylę opublikowany w „Polityce”. Jednak gdy nadszedł rok 1978, w którym osiągnął ten wiek, zachował stanowisko dyrektora Instytutu i przeszedł na emeryturę dopiero w roku 1983, w wieku lat 70. Jako uczeń i wychowanek profesora Pieniążka uważałem, że pierwsza deklaracja była pochopna, ponieważ profesora trudno było zastąpić w momencie nasilającego się kryzysu społecznego i ekonomicznego. Tym niemniej uważam, że rezygnacja z funkcji kierowniczych na wyższych stanowiskach w instytucjach naukowych jest słuszna, pod warunkiem że dotychczasowy kierownik dobrze wie co ma dalej czynić i ma godnych następców.
Profesor Pieniążek był nauczycielem i kierownikiem naukowym dużej grupy absolwentów Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Miał także wpływ na środowiska naukowe poza warszawską uczelnią, prowadząc szeroko zakrojoną akcję dalszego kształcenia absolwentów wyższych uczelni, głównie rolniczych, umożliwiając im studia lub staże w zagranicznych ośrodkach naukowych. Z grupy kilkuset młodych ludzi, którym umożliwił lub ułatwił wyjazd do USA i krajów Zachodniej Europy, wyodrębniło się grono ściśle związane z profesorem, stanowiące główną część kadry naukowej Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa. Związki z profesorem miały różną formę, od bardzo ścisłych związków osobistych, wynikające także z powierzenia swoim uczniom odpowiedzialnych stanowisk, poprzez związki o charakterze głównie służbowym, oparte na uznaniu dominacji profesora, lojalności i dyscyplinie, do bardzo luźnych powiązań wynikających z przejściowego kontaktu z Instytutem Sadownictwa podczas realizacji zadań badawczych.

Czy profesor Pieniążek uznawał zasadę, którą cytuje w swoim „Pamiętniku sadownika” – „If you cannot fight them – join them” (jeśli nie możesz ich zwalczyć – przyłącz się do nich). Mając wiele okazji do poznania profesora zaprzeczam takiej opinii, gdyby miała się ona odnosić do związków z partią komunistyczną i całym aparatem państwowym w PRL-u. Chcąc zrobić coś konkretnego dla polskiego sadownictwa i nauki polskiej po powrocie z USA, nie tylko musiał, lecz także chciał współdziałać z ówczesnymi władzami państwowymi. W tym celu wykorzystywał kontakty z wpływowymi osobami i instytucjami, od których zależały decyzje mające wpływ na realizację jego planów. Wcześniej został zarażony ideologią marksistowską, którą zgłębiał jako członek nielegalnie działającej „piątki marksistowskiej” w latach 1936–1938, w czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Mając krytyczny stosunek do niektórych elementów marksizmu ulegał jednak euforii uczestnicząc jako student w pochodach pierwszomajowych, a nawet śpiewał „Czerwony sztandar” (informacje z „Pamiętnika Sadownika”). Znacznego uszczerbku w marksistowskich poglądach profesora dokonał zapewne ośmioletni pobyt w USA (1938–1946), gdzie poznał trwale wcielone w życie zasady ustrojowej demokracji i ekonomicznego liberalizmu. O profesorze Pieniążku nie można powiedzieć, że był człowiekiem dwulicowym. Jego postawa polityczna nie była kryształowo marksistowska, ale była jawna. Kierowany wrodzoną aktywnością, obdarzony wybitnymi zdolnościami i wykształcony w najlepszym polskim uniwersytecie oraz w jednym z czołowych uniwersytetów w USA, podjął trudne zadanie rozwinięcia i unowocześnienia jednej z dziedzin nauki rolniczej i wdrożenia osiągnięć badawczych do praktyki sadowniczej. Miał przekonania lewicowe i niechętnie odnosił się do środowisk zachowawczych, które uznawał za „klerykalne”. Chciał poprawiać socjalizm w powojennym wydaniu, ale przede wszystkim chciał zrobić coś konkretnego dla polskiej nauki rolniczej.
Profesor Pieniążek był stosunkowo tolerancyjny w stosunku do osób o odmiennych poglądach politycznych. Słabą stroną tej względnej tolerancji było jednak nakłanianie pracowników Instytutu Sadownictwa i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego do wstępowania w szeregi PZPR, a w przypadku wahających się kandydatów proponował wstąpienie przynajmniej do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (ZSL). Spokojnie przyjmował zdecydowaną odmowę, a jedyną konsekwencją pozostawania poza partiami komunistycznego reżymu mogły być trudności w objęciu bardziej odpowiedzialnych stanowisk kierowniczych w Instytucie Sadownictwa. Konsekwencje te wiązały się w znacznym stopniu z uzależnieniem awansów w miejscu pracy od opinii władz partyjnych w jednostkach administracyjnych kraju, w Komitecie Wojewódzkim i Centralnym PZPR. Dostępne w tych warunkach co najwyżej stanowisko kierownika Pracowni Fitopatologii Instytutu Sadownictwa całkowicie mi odpowiadało, lecz stanowisko kierownika Zakładu Ochrony Roślin Sadowniczych było już  niedostępne. Profesor w pełni akceptował moją samodzielność w pracy badawczej oraz niezależność zespołu fitopatologicznego w działalności publicystycznej i w upowszechnieniu nowoczesnych metod ochrony roślin.
Profesor Pieniążek nawet nie próbował namawiać mnie do wstąpienia do PZPR lub ZSL. Prawdopodobnie od profesora Józefa Kochmana, w którego katedrze pracowałem od roku 1948, dowiedział się o moich endeckich przekonaniach. Podczas rozmowy w czasie jednego z wyjazdów do sadowniczych zakładów doświadczalnych wyraził żal, że już we wczesnej młodości związałem się z narodowym ruchem politycznym i dodał, że ruch ten poznał w czasie studiów uniwersyteckich w postaci bojówek ONR (Obóz Narodowo-Radykalny) – „Wie pan, to tacy od bij żyda”. Poczułem się głupio i wyjaśniłem, że w okresie, gdy byłem członkiem Stronnictwa Narodowego nigdy nie uczono nas bicia żydów. Przypomniałem także, że z ruchem narodowym związani byli liczni wybitni polscy humaniści, między innymi profesorowie: Ignacy Chrzanowski – historyk literatury, historycy Władysław Konopczyński i Wacław Sobieski, ekonomista Roman Rybarski, a także profesorowie SGGW: Witold Staniszkis (dziadek profesor Jadwigi Staniszkis), Władysław Grabski, Sylwester Dziubałtowski i docent Czesław Strzeszewski oraz liczni młodsi pracownicy naukowi SGGW.
Profesor Pieniążek miewał trudności wynikające z konieczności współdziałania z lokalnymi władzami partyjnymi w Skierniewicach, między innymi podczas obchodów 1 maja „święta ludu pracującego” frekwencja pracowników Instytutu Sadownictwa na pochodach pierwszomajowych bywała, według miejscowych kacyków partyjnych, niedostateczna. W roku 1970 profesor wezwał mnie do siebie i spokojnie poprosił abym wziął udział w pochodzie. Gdy odmówiłem zaczął się denerwować i rzekł – „pan swoim przykładem bojkotuje udział w pochodzie i daje zły przykład innym”. Radził abym się zastanowił nad tą sprawą. Wówczas powiedziałem, że gdyby wszyscy członkowie PZPR, ZSL i SD (Stronnictwo Demokratyczne) wzięli udział w pochodzie to grupa z Instytutu Sadownictwa byłaby imponująca. Dodałem też, że mogę się zastanowić, lecz zdania raczej nie zmienię i nie będę defilował przed stojącymi na trybunie kacykami, pijakami i dziwkarzami z miejscowej elity partyjnej w Skierniewicach.
O rzeczywistych przekonaniach politycznych profesora Pieniążka świadczą dwie próby, które ujawniły jego postawę w trudnej sytuacji politycznej. Pierwszą próbą była postawa profesora w SGGW w początkowym okresie szykan ze strony władz komunistycznych w roku akademickim 1949/50, gdy w ramach „reform” pozbawiono prawa do pracy ze studentami kilku profesorów SGGW, między innymi Edmunda Malinowskiego, Antoniego Żabkę-Potopowicza i Bohdana Dederkę. Zawieszenie w pracy dydaktycznej profesora Malinowskiego było dużą szkodą przez pozbawianie studentów kontaktu z wybitnym genetykiem, twórcą pierwszej katedry genetyki w Polsce. Natomiast podobne ograniczenie uprawnień profesora Dederki zakłóciło końcowy etap studiów dużej grupy studentów wydziału Ogrodniczego, którzy rozpoczęli u profesora Dederki prace magisterskie. Ówczesny Rektor, profesor Antoni Kleszczycki wprowadzał w życie dyrektywy rządu. Prawdę mówiąc nie miał innego wyjścia. Zaprzyjaźniony z rektorem profesor Kochman, podzielił się z nami opinią, że rektor z dużym żalem wprowadzał nakazane zmiany organizacyjne. W sytuacji jaka powstała z pomocą wystąpił profesor Pieniążek przyjmując do swojej grupy specjalizacyjnej jedną trzecią ogólnej liczby studentów z naszego rocznika 1945–1950.
Druga próba była znacznie trudniejsza, gdy w drugiej połowie lat sześćdziesiątych doszło do konfrontacji politycznej, której finał rozegrał się w roku 1968. Profesor Pieniążek przyłączył się do grupy autorów słynnego listu członków PAN, skierowanego do ówczesnego premiera – Józefa Cyrankiewicza i także podpisał list, w którym opis trudnej sytuacji politycznej zawierał elementy krytyczne, związane między innymi ze stosowaniem przemocy fizycznej w stosunku do studentów przez tak zwane siły porządkowe. Dalsze losy autorów listu są znane. Partia, pod kierownictwem Gomółki, z furią natarła na „niesfornych polskich uczonych z Polskiej Akademii Nauk”, zwłaszcza na członków partii, którzy podpisali list. Profesor Pieniążek, wezwany „do spowiedzi” przed najwyższymi władzami partii, Andrzejem Werblanem i Mieczysławem Jagielskim, musiał wysłuchać reprymendy. Sprawa zakończyła się upokarzającym posiedzeniem PAN oraz uchwaleniem przez sekretariat Akademii słynnej uchwały skierowanej przeciwko „syjonistom”. Komunistyczny watażka – Mieczysław Moczar, którego Pieniążek szczególnie nie znosił, był górą. Profesor pod naciskiem władz partyjnych zrezygnował z pracy w SGGW, zachowując stanowisko dyrektora Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa. Krążyły pogłoski, że profesora przed większymi represjami uratowały nadane mu w tym samym czasie wysokie radzieckie i bułgarskie odznaczenia państwowe. Po przebytych incydentach profesor, jak sam twierdzi, „całkowicie stracił wiarę w komunizm”.

Trudno byłoby oczekiwać, aby człowiek tak aktywny nie popełnił błędu w ciągu pół wieku działalności organizacyjnej. W działalności tej zdarzyły się dwa przypadki, które można uznać za poważne potknięcia, rzucające cień na jego tak pracowity i zasłużony dla kraju żywot. Potknięcia te są do dziś wykorzystywane przez przeciwników politycznych i zawodowych profesora, w tym także przez byłych współpracowników, którzy zazdrościli mu błyskotliwej kariery, popularności i wysokiej pozycji jaką osiągnął w polskiej nauce i w środowisku sadowników. Pierwszym potknięciem było nadmierne zafascynowanie profesora socjalizmem w ZSRR w stopniu, który wpłynął na widziany przezeń obraz świata. Przypuszczam, że tylko tym można wytłumaczyć niefortunne ustępy w pierwszym wydaniu podręcznika „Sadownictwo” z roku 1954. Profesor Pieniążek wyraża tam krytyczną opinię o kapitalistycznym i dworskim sadownictwie w Zachodniej Europie, przeciwstawiając mu osiągnięcia sadownictwa radzieckiego. Na pierwszych stronach podręcznika nie brak też pochwał dla osiągnięć socjalistycznej gospodarki. Można uznać, że profesor Pieniążek, jako młody człowiek wrażliwy na niedolę biednych ludzi i świadek ich krzywdy spowodowanej ustrojową niesprawiedliwością, mógł być podatny na lewicową propagandę, a znalazłszy się na uniwersytecie uznał marksizm za naukowe wyjaśnienie racji socjalizmu i stał się lewicowcem; co prawda z upływem lat coraz bardziej umiarkowanym. Ale czy rzeczywiście musiał „ozdobić” doskonały podręcznik takim wstępem? Czy niefortunny wstęp do pierwszego wydania „Sadownictwa” można wytłumaczyć ówczesną sytuacją polityczną w Polsce?
Drugie potknięcie było znacznie groźniejsze dla opinii o profesorze Pieniążku, a wynikało prawdopodobnie z tych samych przyczyn. Potknięciem, a raczej poważnym kryzysem świadomości, było zafascynowanie profesora „nową biologią”, opartą na teoriach Trofima Łysenki, głoszącego nieograniczone możliwości myśli twórczej człowieka, zdolnego do przekształcania gatunków roślin. Nie była to jedyna teoria ówczesnej „nowej biologii” radzieckiej. Objęła ona także mikrobiologię i nauki medyczne, prezentowane w teoriach Boszjana i Olgi Lepieszyńskiej. Boszjan głosił poglądy o przemianach bakterii w wirusy i przeciwnie, a Lepieszyńska przywracała młodość sodem. Popularny w tym czasie warszawski felietonista – Stefan Wiechecki („Wiech”) miał trudności z ustaleniem szczegółów metody Lepieszyńskiej, gdyż nie wiedział, czy odmładzające są kąpiele w rozpuszczonym proszku do pieczenia, czy w wodzie sodowej.
Profesor Pieniążek po sześciotygodniowej wizycie w Związku Radzieckim w roku 1950 wrócił zachwycony teorią Łysenki i z zapałem propagował osiągnięcia „nowej biologii”, wygłaszając referaty i pisząc artykuły. Osiągnięcia te opisał także w podręczniku „Sadownictwo”. Sprawa stała się głośna, wywołała konsternację i zdumienie w środowiskach życzliwych dla profesora. Artykuł profesora o nowej biologii i teoriach Łysenki przeczytaliśmy w drodze ze Skierniewic do Nowej Wsi w grupie trzech uczniów Pieniążka. Dla nas od początku teorie Łysenki były niedorzeczne, a przecież nie mieliśmy tej wiedzy co profesor. Czym się zatem różniliśmy. Sądzę, że różnice wynikały z odmiennego stosunku do ZSRR wogóle, mocarstwa, w którym profesor dostrzegał źródła głębokiej wiedzy i uległ fascynacji człowiekiem o cechach genialnego szulera, jakim był Łysenko. My byliśmy ciężko doświadczeni pierwszym spotkaniem z zakłamaną ideologią i komunistycznym reżymem ze wschodu oraz odporniejsi na marksistowską propagandę. Ponure rozważania przerwał nam Stasio Kowalski, wieloletni kierowca profesora, który krótko powiedział „Odpieprzcie się od Małego, nawet koń choć ma cztery nogi może się potknąć”. „Mały” to popularne wśród personelu technicznego, kierowców i robotników Instytutu Sadownictwa przezwisko profesora Pieniążka. Pocieszeni w ten sposób dojechaliśmy do Nowej Wsi i poszliśmy na zakrapianą kolację do Eligiusza Gajewskiego, dyrektora Zakładu Doświadczalnego w Nowej Wsi. Fatalne wrażenie sprawiały rozdziały o hodowli roślin podręcznika „Sadownictwo”, oparte na teorii Łysenki. W kolejnych wydaniach profesor starał się ograniczać znaczenie tej teorii. W drugim (1958) i trzecim (1961) wydaniu podręcznika stopniowo ograniczał pochwały radzieckiej biologii, ale niestety, w pamięci wielu czytelników zachowały się fatalne zdania z pierwszego wydania.
Profesor Pieniążek sam ocenił swój błąd słowami – „Jeśli ktoś obecnie czy po mojej śmierci, chciałby analizować mój żywot, mogę mu sam podpowiedzieć, że moje opowiedzenie się za genetyką łysenkowską stanowi najciemniejszą jego kartę. Przytoczyłem już powody, dla których dałem się Łysence przekonać, przyznaję jednak, że nie były to powody wystarczające. Powinienem więcej kierować się rozumem niż entuzjazmem. I znowu powiedzieć muszę, że genetykę łysenkowską głosiłem nie ze strachu, że stanie się ze mną coś złego, ale z przekonania, a to jeszcze gorzej o mnie świadczy” („Pamiętnik sadownika, wyd. I str. 159).

Profesor Pieniążek utrzymywał bliskie kontakty z pracownikami Instytutu Sadownictwa. W głównym budynku Instytutu w Skierniewicach miał dwa gabinety. Oficjalnie, jako dyrektor pracował w gabinecie na parterze, do którego wchodziło się przez mały sekretariat. Naprzeciwko był gabinet wicedyrektora. Dostęp do profesora był bardzo łatwy; praktycznie można było spotkać się z nim w pierwszym gabinecie bez wcześniejszego zgłoszenia wizyty. Zdarzało się, że profesor miał gościa lub był szczególnie zajęty pracą, wówczas sekretarka informowała, aby zaczekać lub przyjść w innym terminie. Sekretarki oraz kierowcy służbowych samochodów przeważnie najwięcej wiedzą o tym co się dzieje u dyrektora. Jedna z bardzo sympatycznych sekretarek, starsza pani, bardzo sprawna w pracy, pewnego dnia powiedziała mi „Pan to bardzo rzadko odwiedza profesora w dyrektorskim gabinecie”. Rzeczywiście rzadko odwiedzałem profesora, zgłaszając się tylko wezwany przez niego lub chcąc przedstawić konkretną sprawę związaną z pracą. Drugi gabinet, na pierwszym piętrze, przeznaczony był głównie do pracy wymagającej większego skupienia i w zasadzie nie bywał miejscem spotkań z pracownikami, co nie wykluczało wizyt w sprawach szczególnie ważnych i pilnych. Można powiedzieć, że w pierwszym gabinecie profesor urzędował, a w drugim pracował w warunkach zapewniających spokój.
Moje kontakty z profesorem Pieniążkiem wiązały się z funkcją, jaką pełniłem jako kierownik Pracowni Fitopatologii, a także z dużym zaangażowaniem w upowszechnieniu nowoczesnego sadownictwa oraz zakresem pracy badawczej, zwłaszcza z jej częścią realizowaną w ramach tak zwanego tematu amerykańskiego (PL-480) i badaniami prowadzonymi na zlecenie Instytutu Przemysłu Chemicznego, chemicznych zakładów przemysłowych oraz Centrali Spółdzielni Ogrodniczych. Przez cały osiemnastoletni okres pracy w Instytucie Sadownictwa moja współpraca z profesorem Pieniążkiem układała się dobrze. Profesor dobrze znał i doceniał problematykę chorób roślin.

Na początku roku 1973 profesor Józef Kochman zaproponował mi powrót do Katedry Fitopatologii SGGW, od roku akademickiego 1973/1974. W rok później profesor Kochman miał przejść na emeryturę i chciał, abyśmy jeden rok akademicki przepracowali wspólnie, dzieląc obowiązki dydaktyczne – profesor na Wydziale Rolniczym, a ja na Ogrodniczym. Wahałem się dłuższy czas rozważając propozycję, lecz w końcu zdecydowałem się na zmianę miejsca pracy. Poinformowałem profesora Pieniążka, który nie był zadowolony z propozycji profesora Kochmana, ponieważ przywiązywał dużą wagę do badań nad chorobami roślin oraz do upowszechnienia nowoczesnych metod ochrony sadów. Obawiał się także osłabienia ważnej dla Instytutu jednostki badawczej. Jako argument przeciwko mojemu przejściu do SGGW wymienił między innymi mój stosunek do partii i wprost powiedział „Pan ze swoimi endeckimi przekonaniami nie poradzi sobie z partią w SGGW, a zwłaszcza z jednym z prorektorów; będą panu robić trudności i w końcu wróci pan do nas”. Przepowiednie nie sprawdziły się. W Katedrze Fitopatologii SGGW pracowałem bez zakłóceń aż do przejścia na emeryturę w roku 1990.
Po przejściu do SGGW moje kontakty z profesorem Pieniążkiem ograniczają się głównie do spotkań związanych z kolejnymi wydaniami podręcznika „Sadownictwo”. Profesor zrezygnował z samodzielnego opracowania dziesiątego wydania podręcznika i zaproponował dwunastoosobowy zespół autorski, któremu powierzył opracowanie różnych rozdziałów książki. Dziesiąte wydanie ukazało się w roku 1995, a jedenaste w 2001. W obu wydaniach opracowałem rozdziały dotyczące ochrony drzew owocowych i roślin jagodowych przed chorobami. Profesor Pieniążek był redaktorem nowych wydań oraz autorem wstępu i rozdziałów: pierwszego – Światowa produkcja owoców i najważniejsze gatunki roślin sadowniczych, trzeciego – Przyrodnicze i ekonomiczne warunki sadownictwa i czwartego – Planowanie i zakładanie sadu.


Warszawa, 20 maja 2002 roku